wtorek, 26 listopada 2013

Rozdział 1.

-Terrie!- wychodząc ze szkoły od razu usłyszałam i zobaczyłam stojącego na dziedzińcu chłopaka. Uśmiechnęłam się pod nosem podchodząc w jego kierunku.
-Hej Mike- powiedziałam przytulając przyjaciela na powitanie, od razu udaliśmy się w stronę pobliskiego parku. Po drodze musiałam mu oczywiście streścić dwa ubiegłe dni w których się nie widzieliśmy. Mike, kim on dla mnie był? Najlepszym przyjacielem, bratem którego nie miałam. Znałam go od dzieciństwa. Każde wakacje spędzaliśmy razem co nie kończyło się dla mnie dobrze bo obdartymi kolanami, poobijanymi łokciami itp. Nigdy nie byłam typową dziewczynką, bawiącą się lalkami.  Ja wolałam łażenie po drzewach, granie w piłkę i wszystko co wiązało się z Mike’iem i jego kolegami. Spędzane wieczory do późna na podwórku grając w różne, w tamtym czasie wydające nam się fajne, gry. Koszykówka, piłka nożna, szczelaninki, gokardy i wszystko co można było określić typowo chłopieńcymi zabawami. Teraz? Teraz wygląda to trochę inaczej, poza faktem że nadal moim najlepszym przyjacielem jest Mike i on i jego koledzy nadal muszą znosić moje towarzystwo. Natomiast gry wymieniliśmy na inne, bardziej ‘dorosłe’ zajęcia. Imprezy, włóczenie się po mieście. Wszystko co 17-19latkowie mogą robić. Nie powiem ze to jest dobre, bo na pewno nie.  Imprezy wiążą się oczywiście z alkoholem, a co z tym idzie czasem też coś mocniejszego.  Fajki, od nich uzależniłam się już dwa lata temu. Mój ‘brzydki’ nawyk.
-Jak tam ojciec? Ile razy zdążyliście się pokłócić przez te czterdzieści osiem godzin?- chłopak wyrwał mnie z zamysłu uśmiechając się pod nosem, westchnęłam
-Zgubiłam rachubę, wiesz. Już nawet nie liczę. Ten człowiek potrafi przyczepić się o wszystko, mam go tak serdecznie dość, nie wiem, gdyby nie fakt że nie mam gdzie mieszkać już dawno bym się wyprowadziła-powiedziałam wyciągając z torby paczkę szlugów, wzięłam jednego po czym podałam chłopakowi
-Oj młoda. Wytrzymasz- objął mnie ramieniem, szliśmy dalej w ciszy dopóki chłopak nie zaczął tematu.- A Luke?
-Co Luke?- spojrzałam na niego
-Nie możesz zamieszkać z nim?- rozwiną swoją myśl
-On mieszka z James’em, poza tym nie chce pytać-wzruszyłam ramionami, znaleźliśmy się w parku który przeszliśmy w miarę szybko, kawałek za parkiem mieliśmy taką naszą miejscówkę, gdzie siedzieliśmy zawsze po szkole.  Niby Tamiza, atrakcja turystyczna, ale jak się ma dobre dojścia to można tam spędzić miło czas, a zwłaszcza bez ludzi. Zeszliśmy ścierzką prowadzącą w dół, a po kilku metrach znaleźliśmy się obok niewielkiego mostu. Pod nim były nawet niezłe warunki, które w sumie sami sobie stworzyliśmy. Po pierwsze: nikogo nie ma, a po drugie psiarnia nigdy tam nie węszy . Od razu zobaczyłam swojego chłopaka i przyjaciela z puszką spreju w ręce malujących jakieś bazgroły na ścianach mostu. Podeszliśmy do nich rzucając krótkie: hej. Ściągnęłam torbę i rzuciłam ją gdzieś w kąt, a sama usiadłam po turecku na betonie. Po chwili obok mnie pojawił się Luke i usiadł w tej samej pozycji co ja obejmując mnie ramieniem.
-Jest dzisiaj wyścig-powiedział bez jakiegoś zbędnego jego zdaniem :kochanie czy chociaż: co tam.
-Miło że pytasz, u mnie nie jest okej, a co u ciebie?- powiedziałam sarkastycznie na co przewrócił oczami, podniósł się z miejsca i podszedł w stronę swojego czarnego plecaka leżącego gdzieś obok, przykucną po czym coś z niego wyciągnął.  Spojrzał na mnie przez ramie i rzucił mi puszkę piwa
-Wypij i wyluzuj się-powiedział od niechcenia i ponownie zajął się swoim grafitti.
-Super-szepnęłam sarkastycznie pod nosem, otworzyłam puszkę i upiłam łyk. Wyścig. Czym jest dla mnie wyścig? Mogę się odreagować, zapomnieć. Jestem tylko ja , motor i adrenalina, nic więcej. W jakiś sposób to kocham i nie potrafię zrezygnować choć z każdym razem staje się to coraz bardziej niebezpieczne. Ci ludzie to  nie potulne misie, to żadne wygranej bestie.. Nie wiesz co może się stać. To nie jest gra w szachy tylko wyścig z najlepszymi. Nie tyle za każdym razem boje się o siebie co o tego debila, Luke’a. Dla niego to już nie jest sposób na odreagowanie tylko sposób na łatwą kasę. Tylko na tym mu zależy co wiąże się z tym że musi wygrywać, musi być najlepszy. Wiem tylko tyle że robią coś z silnikiem, nie jestem wtajemniczona, ale raz słyszałam jak Mike mówił że to niebezpieczne, że przy kolejnym razie może zatrzeć silnik. Co na to Luke? Śmiał się, jego w ogóle nie obchodzi niebezpieczeństwo. Jest idiotą. Nie to, ze go nie kocham, bo kocham jak idiotka ale to co on robi… martwię się o niego, to chyba nie dziwne.
-Tii, chcesz?- moje rozmyślanie przerwał Luke i James pojawiający się obok mnie machając mi przed oczami woreczkiem z białym proszkiem
-Nie!- odburknęłam-I wy też tego nie weźmiecie!
-Terrie uspokój się-powiedział James-Co ty nagle taka święta jesteś? Sama brałaś a teraz zgrywasz matkę Teresę-zaśmiał się
-Zamknij się!- warknęłam na niego
-Chłopaki! Dajcie sobie dziś spokój, jest wyścig-powiedział spokojnie Mike, James i Luke spojrzeli po sobie po czym chyba zrezygnowali, spojrzałam na godzinę w telefonie, szlak! Późno.
-Spadam!- powiedziałam zbierając swoje rzeczy
-Terrie!- zatrzymał mnie Mike, spojrzałam na niego, podszedł do mnie i stanął naprzeciwko-Przyjdź! Wiesz że jeśli ciebie nie będzie Luke przesadzi-powiedział patrząc mi w oczy, skinęłam głową
-Siema- powiedziałam, odwróciłam się na piecie i poszłam przed siebie. Kiedy szłam już chodnikiem w stronę domu zapaliłam jeszcze szluga myśląc o tym co powiedział mi Mike. Czy Luke na serio nie ma świadomości co może się stać, czy jest aż takim idiotą. Po kilku minutach byłam na miejscu. Wyciągnęłam z kieszonki klucz i otworzyłam drzwi, co z tego ze ojciec był w domu, zgodnie z jego teorią, przezorny zawsze ubezpieczony. Weszłam do środka zostawiając w holu kurtkę i buty. Zajrzałam do kuchni, gdzie zastałam ojca czytającego gazetę. Kiedy mnie zobaczył spojrzał na zegarek, a potem na mnie, dając mi do zrozumienia że powinnam wrócić do domu zaraz po szkole.
-Mam nadzieje że nie spotkałaś się z tymi wyrzutkami społecznymi-powiedział kiedy ja przeglądałam właśnie zawartość lodówki
-Przestań ich tak nazywać!- odburknęłam zła

-To znajdź sobie normalnych przyjaciół-powiedział tym samym tonem, oczywiście nic się nie zmieniło od rana, wracam do domu i nie mogę spokojnie nawet zjeść bo on od razu zaczyna swoje morały, doprowadza mnie to do czystego szaleństwa! Może lepiej było by gdyby żadne z nas się nie odzywało. To ze jestem uparta, zawzięta i zawsze postawie na swoim mam właśnie po nim więc nie sądzę byśmy kiedykolwiek mieli się dogadać.






No to mamy 1 rozdział. Jak wam się podoba? Może jest trochę nudny, ale jakoś trzeba zacząć :) Liczę na szczere opinie. No więc: krytykujcie!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz