Rozdział 1.
-Terrie!- wychodząc ze szkoły od razu usłyszałam i
zobaczyłam stojącego na dziedzińcu chłopaka. Uśmiechnęłam się pod nosem
podchodząc w jego kierunku.
-Hej Mike- powiedziałam przytulając przyjaciela na
powitanie, od razu udaliśmy się w stronę pobliskiego parku. Po drodze musiałam
mu oczywiście streścić dwa ubiegłe dni w których się nie widzieliśmy. Mike, kim
on dla mnie był? Najlepszym przyjacielem, bratem którego nie miałam. Znałam go
od dzieciństwa. Każde wakacje spędzaliśmy razem co nie kończyło się dla mnie
dobrze bo obdartymi kolanami, poobijanymi łokciami itp. Nigdy nie byłam typową
dziewczynką, bawiącą się lalkami. Ja
wolałam łażenie po drzewach, granie w piłkę i wszystko co wiązało się z
Mike’iem i jego kolegami. Spędzane wieczory do późna na podwórku grając w
różne, w tamtym czasie wydające nam się fajne, gry. Koszykówka, piłka nożna,
szczelaninki, gokardy i wszystko co można było określić typowo chłopieńcymi
zabawami. Teraz? Teraz wygląda to trochę inaczej, poza faktem że nadal moim
najlepszym przyjacielem jest Mike i on i jego koledzy nadal muszą znosić moje
towarzystwo. Natomiast gry wymieniliśmy na inne, bardziej ‘dorosłe’ zajęcia.
Imprezy, włóczenie się po mieście. Wszystko co 17-19latkowie mogą robić. Nie
powiem ze to jest dobre, bo na pewno nie.
Imprezy wiążą się oczywiście z alkoholem, a co z tym idzie czasem też
coś mocniejszego. Fajki, od nich
uzależniłam się już dwa lata temu. Mój ‘brzydki’ nawyk.
-Jak tam ojciec? Ile razy zdążyliście się pokłócić przez
te czterdzieści osiem godzin?- chłopak wyrwał mnie z zamysłu uśmiechając się
pod nosem, westchnęłam
-Zgubiłam rachubę, wiesz. Już nawet nie liczę. Ten
człowiek potrafi przyczepić się o wszystko, mam go tak serdecznie dość, nie
wiem, gdyby nie fakt że nie mam gdzie mieszkać już dawno bym się
wyprowadziła-powiedziałam wyciągając z torby paczkę szlugów, wzięłam jednego po
czym podałam chłopakowi
-Oj młoda. Wytrzymasz- objął mnie ramieniem, szliśmy
dalej w ciszy dopóki chłopak nie zaczął tematu.- A Luke?
-Co Luke?- spojrzałam na niego
-Nie możesz zamieszkać z nim?- rozwiną swoją myśl
-On mieszka z James’em, poza tym nie chce
pytać-wzruszyłam ramionami, znaleźliśmy się w parku który przeszliśmy w miarę
szybko, kawałek za parkiem mieliśmy taką naszą miejscówkę, gdzie siedzieliśmy
zawsze po szkole. Niby Tamiza, atrakcja
turystyczna, ale jak się ma dobre dojścia to można tam spędzić miło czas, a
zwłaszcza bez ludzi. Zeszliśmy ścierzką prowadzącą w dół, a po kilku metrach
znaleźliśmy się obok niewielkiego mostu. Pod nim były nawet niezłe warunki,
które w sumie sami sobie stworzyliśmy. Po pierwsze: nikogo nie ma, a po drugie
psiarnia nigdy tam nie węszy . Od razu zobaczyłam swojego chłopaka i
przyjaciela z puszką spreju w ręce malujących jakieś bazgroły na ścianach
mostu. Podeszliśmy do nich rzucając krótkie: hej. Ściągnęłam torbę i rzuciłam
ją gdzieś w kąt, a sama usiadłam po turecku na betonie. Po chwili obok mnie
pojawił się Luke i usiadł w tej samej pozycji co ja obejmując mnie ramieniem.
-Jest dzisiaj wyścig-powiedział bez jakiegoś zbędnego
jego zdaniem :kochanie czy chociaż: co tam.
-Miło że pytasz, u mnie nie jest okej, a co u ciebie?-
powiedziałam sarkastycznie na co przewrócił oczami, podniósł się z miejsca i
podszedł w stronę swojego czarnego plecaka leżącego gdzieś obok, przykucną po
czym coś z niego wyciągnął. Spojrzał na
mnie przez ramie i rzucił mi puszkę piwa
-Wypij i wyluzuj się-powiedział od niechcenia i ponownie
zajął się swoim grafitti.
-Super-szepnęłam sarkastycznie pod nosem, otworzyłam puszkę
i upiłam łyk. Wyścig. Czym jest dla mnie wyścig? Mogę się odreagować, zapomnieć.
Jestem tylko ja , motor i adrenalina, nic więcej. W jakiś sposób to kocham i
nie potrafię zrezygnować choć z każdym razem staje się to coraz bardziej
niebezpieczne. Ci ludzie to nie potulne
misie, to żadne wygranej bestie.. Nie wiesz co może się stać. To nie jest gra w
szachy tylko wyścig z najlepszymi. Nie tyle za każdym razem boje się o siebie
co o tego debila, Luke’a. Dla niego to już nie jest sposób na odreagowanie
tylko sposób na łatwą kasę. Tylko na tym mu zależy co wiąże się z tym że musi
wygrywać, musi być najlepszy. Wiem tylko tyle że robią coś z silnikiem, nie
jestem wtajemniczona, ale raz słyszałam jak Mike mówił że to niebezpieczne, że przy kolejnym razie może zatrzeć silnik. Co na to Luke? Śmiał się, jego w ogóle nie obchodzi
niebezpieczeństwo. Jest idiotą. Nie to, ze go nie kocham, bo kocham jak idiotka
ale to co on robi… martwię się o niego, to chyba nie dziwne.
-Tii, chcesz?- moje rozmyślanie przerwał Luke i James
pojawiający się obok mnie machając mi przed oczami woreczkiem z białym
proszkiem
-Nie!- odburknęłam-I wy też tego nie weźmiecie!
-Terrie uspokój się-powiedział James-Co ty nagle taka
święta jesteś? Sama brałaś a teraz zgrywasz matkę Teresę-zaśmiał się
-Zamknij się!- warknęłam na niego
-Chłopaki! Dajcie sobie dziś spokój, jest
wyścig-powiedział spokojnie Mike, James i Luke spojrzeli po sobie po czym chyba
zrezygnowali, spojrzałam na godzinę w telefonie, szlak! Późno.
-Spadam!- powiedziałam zbierając swoje rzeczy
-Terrie!- zatrzymał mnie Mike, spojrzałam na niego,
podszedł do mnie i stanął naprzeciwko-Przyjdź! Wiesz że jeśli ciebie nie będzie
Luke przesadzi-powiedział patrząc mi w oczy, skinęłam głową
-Siema- powiedziałam, odwróciłam się na piecie i poszłam
przed siebie. Kiedy szłam już chodnikiem w stronę domu zapaliłam jeszcze szluga
myśląc o tym co powiedział mi Mike. Czy Luke na serio nie ma świadomości co
może się stać, czy jest aż takim idiotą. Po kilku minutach byłam na miejscu.
Wyciągnęłam z kieszonki klucz i otworzyłam drzwi, co z tego ze ojciec był w
domu, zgodnie z jego teorią, przezorny zawsze ubezpieczony. Weszłam do środka
zostawiając w holu kurtkę i buty. Zajrzałam do kuchni, gdzie zastałam ojca
czytającego gazetę. Kiedy mnie zobaczył spojrzał na zegarek, a potem na mnie,
dając mi do zrozumienia że powinnam wrócić do domu zaraz po szkole.
-Mam nadzieje że nie spotkałaś się z tymi wyrzutkami
społecznymi-powiedział kiedy ja przeglądałam właśnie zawartość lodówki
-Przestań ich tak nazywać!- odburknęłam zła
-To znajdź sobie normalnych przyjaciół-powiedział tym
samym tonem, oczywiście nic się nie zmieniło od rana, wracam do domu i nie mogę
spokojnie nawet zjeść bo on od razu zaczyna swoje morały, doprowadza mnie to do
czystego szaleństwa! Może lepiej było by gdyby żadne z nas się nie odzywało. To
ze jestem uparta, zawzięta i zawsze postawie na swoim mam właśnie po nim więc nie sądzę byśmy kiedykolwiek mieli się dogadać.
No to mamy 1 rozdział. Jak wam się podoba? Może jest trochę nudny, ale jakoś trzeba zacząć :) Liczę na szczere opinie. No więc: krytykujcie!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz